Sto Tysięcy Kroków i Dziury W Programie
Autor:
Mariusz 'Kot' ButrykowskiRedakcja: Joanna 'Ysabell' Filipczak
Powrót na Konwent Długich Korytarzy
Na Avangardzie byłem do tej pory raz, w zeszłym roku. I, jak widać, było to doświadczenie na tyle przyjemne, by przyjechać i tym razem. Szczerze mówiąc, to aż do Avangardy 2008 nie bardzo wierzyłem w konwenty odbywające się w stolicy. Na całe szczęście wybrałem się i zostałem bardzo mile zaskoczony...
Położony przy al. Stanów Zjednoczonych Zespół Szkół nr 37 mieści się w bardzo obszernym budynku. Kiedy wreszcie dotarłem na miejsce i zgłosiłem się do akredytacji, było po godzinie 16. Zgodnie z przewidywaniami kolejek nie zaobserwowałem — obsługa uczestników szła sprawnie i nie widziałem, ani nie słyszałem o żadnych problemach. Ku mojemu zaskoczeniu wręczono mi czarną torbę "plażową" z logo Avangardy i sponsorów, w której znajdowały się pozostałe materiały. Torba okazała się być bardzo przydatna, pojemna i wbrew pozorom wytrzymała — przetrwała cały konwent bez jakichkolwiek uszkodzeń, a nie obchodziłem się z nią zbyt delikatnie. Dobry pomysł i ciekawa pamiątka z konwentu. Wraz z materiałami, wśród których zwyczajowo były różnej maści ulotki reklamowe, znalazła się też smycz-suwak od SCI FI. Ten gadżet sprawdził się już na ConStarze, więc i Avangarda skorzystała...
Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Po wydobyciu informatora kolejne miłe zaskoczenie — w porównaniu z zeszłorocznym był zdecydowanie lepiej złożony i ładniej wykonany. W tym roku konwent odbywał się na o wiele większej powierzchni, co z początku powodowało u mnie lekkie zagubienie. Na szczęście, dzięki planowi umieszczonemu w informatorze, szybko zorientowałem się w rozkładzie sal. Jakość materiałów akredytacyjnych była bardzo dobra. Informator nie potrzebował żadnych errat, czy poprawek, a umieszczono w nim wszystkie zwyczajowe elementy: od programu w tabeli i opisów poszczególnych punktów, po plan okolicy z zaznaczonymi sklepami, lokalami i bankomatami, oraz rozkład jazdy autobusów. Jedynym drobnym jego mankamentem było oznaczenie sali konkursowej "K1" jako "KONKURSY", odrobinę mylące, jeśli nie znalazło się sali wcześniej. Wędrowanie po korytarzach nie było jednakże męczące, a odległość między blokami nie była aż tak wielka. Jedynie podczas niektórych punktów programu zamykano przejście przez aulę, które pozwalało na skrócenie drogi i trzeba było wędrować korytarzami piwnicznymi.
Program w tym roku dopisał — prelekcji i spotkań z autorami było sporo, kręcić nosem mogą jedynie miłośnicy konkursów, ze względu na niewielką ich liczbę. Niestety, nie obyło się bez zgrzytów. Naprawdę duża ilość punktów programu nie odbyła się, głównie z powodu nieobecności, lub spóźnienia prowadzących. I większość z nich pozostawiła po sobie dziury w programie, które tylko w nielicznych przypadkach były łatane zupełnie innymi prelekcjami.
Na Avangardzie odbywała się też towarzysząca impreza TrekSfera, oraz duży blok Star Wars. Prócz typowo konwentowych atrakcji dostępne były stoiska Q-Workshopu i Kuźni Gier, sklepiki Barda i księgarni Solaris, oraz kilka stoisk z koszulkami i gadżetami. Games Room był naprawdę imponujący — spora część korytarza oraz dwie sale, a także ogromna ilość gier ułożonych w stosy i obsługa obecna przez całą dobę.
Dzień po dniu, krok po kroku...
Już pierwszego dnia znalazłem całkiem sporą ilość ciekawych punktów programu. Z prezentacji Exalted prowadzonej w zastępstwie przez Quendiego przeniosłem się na zakończenie znakomitej prelekcji TORa o DnD ("Plansze, figurki i śmierć RPG — o stylu gry w D&D"). Z niekłamaną przyjemnością wysłuchałem Garnka opowiadającego o Scenariuszach i poglądach Arystotelesa na fabułę ("Po co komu scenariusz?"). A na koniec dnia konwentowego zajrzałem na "Prelekcję z piekła rodem", na której Ambivalentia przypomniała o korzeniach współczesnego obrazu diabła w literaturze i kulturze. Po zakończeniu programu wybrałem się z nowo poznanymi znajomymi do Games Roomu, gdzie ostatecznie zagraliśmy partyjkę, czy dwie Munchkina. Przedwieczni Prawnicy w towarzystwie Wrzeszczącego Frajera zapadli mi w pamięć dość skutecznie. Pierwszy dzień konwentu zakończyłem przygodną, eksperymentalną sesją u Scobina, z której wyniosłem dobre wrażenia i zmniejszoną niechęć do
indie i różnej maści eksperymentów i zabaw konwencją.
Piątek rozpoczął mi się dość pracowicie, blokiem Earthdawnowym, jednakże jest to materiał na osobną relację. Zacznę więc od tego, co udało mi się mimo wszystko zobaczyć. Przede wszystkim panel podsumowujący tegoroczną edycję
Quentina. Garnek, Majkosz i zeszłoroczny zwycięzca Odol przekazywali swoje opinie i wrażenia z lektury poszczególnych scenariuszy konkursowych, zaś ich autorzy mieli szansę się obronić (lub przyznać im rację). Panel był naprawdę ciekawy i przedłużył się dzięki nieobecności prezentacji "megawypasionego" sprzętu komputerowego. Ja jednakże podążyłem za Garnkiem, który ewakuował się by w zastępstwie uczestniczącego w PMMie Lucka poprowadzić prelekcję o Wolsungu ("Wolsung: Magia Wieku Pary"). Po raz kolejny wraz z Puszonem i Sqvą zorganizowali prawdziwy "show", rozbawiając publiczność i manipulując nią za pomocą subtelnych przekazów podprogowych (na ostatnim slajdzie prezentacji widniało hasło "Kupcie Wolsunga!"). Po zakończeniu tej prelekcji błądziłem trochę, szukając czegoś ciekawego, aż wreszcie znalazłem. Jak się okazało, część prelegentów z wrocławskiego Wielosferu nie zdołała przybyć, dzięki czemu miałem okazję wziąć udział w prowadzonej przez Azi "zastępczej" prelekcji poruszającej kontrowersyjne i mało znane tematy związane m.in. z epoką wiktoriańską ("Chcesz być piękna, to cierrrp!"). Ostatnim z piątkowych punktów programu jaki zdołałem odwiedzić była prelekcja o "środkach odświeżających umysł", mimo niewielkiej ilości treści prowadzona w bardzo przyjemny sposób przez Sethisse ("Wesołe jest życie... dyplomaty. Czyli rzecz o lekach odświeżających umysł").
Tutaj zatrzymam się na chwilę, by poruszyć kwestię prezentacji multimedialnych używanych w prelekcjach. Zauważyłem, że od Pyrkonu i profesjonalnej prezentacji Furiatha naprawdę mnóstwo twórców programu przygotowuje się w ten sposób, czasami niezwykle efektownie. Z całą pewnością jest to zmiana na lepsze, poprawiająca walory estetyczne punktów programu i samego konwentu. Jedynym mankamentem są opóźnienia związane z ustawieniem i konfiguracją sprzętu. Muszę jednak przyznać, iż obsługa Avangardy dała sobie z tym radę nie gorzej, niż obsługa Pyrkonu, a w każdej z sal prelekcyjnych znajdował się odpowiednio skonfigurowany komputer. Tylko niekiedy brakowało w salach ekranu, czy rzutnika, jednakże obsługa reagowała, dostarczając sprzęt na czas.
Dzień konwentowy zakończyłem wizytą w Paradoxie, dołączając do niedużej "grupy wycieczkowej". Przy okazji w autobusie kierowca odmówił sprzedania biletów, twierdząc iż jest nas za dużo (a był zaledwie tuzin). Lokal konwentowy znajdował się niedaleko, o dwa przystanki i jeden most na Wiśle dalej. Muszę przyznać, że mile zaskoczył mnie wystrój i panująca w lokalu atmosfera, oraz spora ilość uczestników i gości bawiąca się w najlepsze. Jako abstynent nie skorzystałem z konwentowych zniżek, jednakże widziałem, że inni uczestnicy owszem i byli z nich raczej zadowoleni. Nie spędziłem w Paradoxie wiele czasu, mając na uwadze kolejny dzień konwentu. Po powrocie i szybkiej partyjce przypadkowej gry karcianej ze znajomymi udałem się na spoczynek, by móc spełnić swój recenzencki obowiązek dnia kolejnego...
Sobotę również rozpocząłem wcześnie, omyłkowo (ale fortunnie) trafiając na prelekcję o karłach Romualda Pawlaka ("Karły na dworach Europy — prawda, fikcja i fikcja literacka"), miast na spotkanie z Rafałem Dębskim. Było ciekawie, muszę przyznać, że zostałem skutecznie przekonany do zakupienia książki autora. Drugim punktem programu, jaki odwiedziłem tego dnia były półfinały PMMu, gdzie miałem szczęście zagrać w sesję L5K u — jak się później okazało — trzykrotnego zwycięzcy, Wojtka Rzadka. Wrażenia wyniosłem jak najlepsze, a kości i MG pozwoliły nam zwyciężyć (chociaż z trudem) i pokonać w intrygach jedną ze sztandarowych postaci Legendy...
Jednym z najlepszych punktów programu, jakie odbyły się na Avangardzie była z całą pewnością prelekcja Adama Podgórskiego o "Wampirach, upiorach i strzygoniach...", na której zauważyłem największą chyba frekwencję. Przyciągnęła ona prawdziwe tłumy, które skutecznie zapchały salę, niedostatecznie wyposażoną w krzesła. Zaraz potem wziąłem też udział w konkursie tolkienowskim, który niestety bardzo mnie rozczarował. Pytania, niekiedy zupełnie abstrakcyjne (nazwa gór w Haradzie Dalekim), były strasznie nierówne. Styl prowadzenia banalny i nudny, a sama formuła praktycznie żadna — pytanie za pytaniem, punkt, lub pół punktu za odpowiedź. Typowa zapchajdziura, nie umywająca się do konkursów na innych konwentach, choćby i Pyrkonie. Na szczęście jako przeciwwagę miałem kolejną prelekcję Garnka, tym razem o pomysłach J. Verne'a, które bez trudu można wykorzystać w RPG ("50 pomysłów Juliusza Verne’a na przygody RPG").
Na koniec tego dnia czekało mnie, niestety, kolejne rozczarowanie. Niektórzy z czytelników mieli być może okazję uczestniczyć w zeszłorocznym LARPie w realiach Świata Mroku poprowadzonym przez ekipę działu WoD na Polterze. Ich tegoroczne dzieło ("Mordercza Gra") było o wiele gorsze, sprowadzając się do zamknięcia sporej liczby graczy w jednym pomieszczeniu, szczuciu ich przeciw sobie i wprowadzeniu zaledwie dwóch ról mających jakiekolwiek znaczenie. Z czego jedna została obsadzona przez jedną z MG. Gdyby nie powściągliwość i doskonała gra obsadzającego drugą rolę, czyli Upiora, LARP zakończyłby się bardzo szybko i niezbyt fortunnie dla postaci uczestników. Niestety, niezbyt dobrze wypadła też sama formuła — ci, którzy odpadli mogli jedynie pełnić rolę widowni, a MG skutecznie wystawiali wszystkich wrogów wewnętrznych, komunikując się prawie wyłącznie z nimi. Podsumowując — żałowałem, że nie odbył się Wielosferowy LARP w klimatach Klanarchii ("Jądro Ciemności").
Ostatniego dnia konwentu miałem okazję wziąć udział w rozgrywce w planszówkę Arkham Horror, która skutecznie zajęła mi cały poranek. Stąd jedynie na chwilę zajrzałem na warsztaty o prowadzeniu heroic fantasy Quendiego ("Prowadzenie Heroic Fantasy"), opuszczając ją z wrażeniem, że autor myli styl heroic ze stylem Exalted. Na koniec, przed spakowaniem się i opuszczeniem konwentu, udałem się na spotkanie z organizatorami ("Spotkanie z Avangardą"), podczas którego usłyszałem smutną informację — konwent nie zwrócił się i to stanowczo. A szkoda.
Plusy, minusy i inne znaki
Tak wyglądała moja wizyta na Avangardzie, z której wyniosłem sporo dobrych wrażeń i tylko niewiele tych złych. Szkoła, w której odbywał się konwent była duża — spokojnie pomieściłaby około dwóch tysięcy uczestników, szczególnie że spora ich część nie potrzebowała miejsca na nocleg. Niestety, Avangardę odwiedziło niespełna 1200 osób — mało jak na konwent tej rangi. Nie było problemu z toaletami, czy prysznicami, których było dość i w dobrym stanie. Również z posiłkami, czy zakupami nie było problemów — bufet na terenie konwentu, oraz kilka lokali i sklepów w okolicy zaspokajały wszelkie potrzeby, a dodatkowo konwent oddalony był o kilka przystanków od centrum miasta. Również noclegi dla wymagających były przygotowane, chociaż pobliski akademik nie dysponował dużą ilością miejsc. Jeśli ktoś chciał zaopatrzyć się w gry, książki, czy akcesoria, do dyspozycji było dość stoisk i sklepików. Sklepik konwentowy, w którym można było wymieniać Złe Szelągi (walutę konwentową) na nagrody był również bogato wyposażony. Nawet ci, którzy swoje nagrody realizowali w niedzielę wyszli zeń zadowoleni.
Niestety, nie był to konwent idealny. Największym problemem tegorocznej Avangardy były dziury w programie. Naprawdę duża ilość prelekcji, czy spotkań zwyczajnie się nie odbyła. I nie mam tu na myśli sytuacji typowych dla mniejszych konwentów, gdzie nikt nie zgłasza się na LARPa, czy sala prelekcyjna jest pusta. Część autorów programu po prostu nie zjawiła się. W niektórych (choć nie wszystkich) przypadkach było to jak najbardziej usprawiedliwione wypadkami losowymi, czy korkami w stolicy. Już drugiego dnia konwentu pojawiły się przy salach prelekcyjnych i na tablicy ogłoszeń informacje o odwołaniu tego, czy owego punktu programu. Niestety, w ten sposób skończyła również Avangariada, czyli turniej gości, której organizator po prostu się nie zjawił. W nielicznych przypadkach, takich jak punkty programu członków Wielosferu, znajdowały się zastępcze prelekcje prowadzone przez inne osoby. Niestety, zbyt wiele punktów po prostu nie miało szans na jakiekolwiek zastępstwo.
Drugą dużą wadą konwentu były LARPy, z których część średnio dawała radę zgromadzić uczestników, inne zaś nie zgromadziły żadnych. Najciekawsze z nich zostały całkowicie odwołane, na przykład oczekiwany przeze mnie niecierpliwie LARP Klanarchii na motywach Jądra Ciemności. Tych kilka, które ocalały nie zrobiło zbyt dużego wrażenia, jeśli nie liczyć czwartkowego Un-Arun-Amar, który niestety poznałem jedynie z drugiej ręki.
Odniosłem też wrażenie, że obecność karcianek i bitewniaków była dość symboliczna, ale możliwe iż powinienem to złożyć na karb separacji od bloków ogólnych.
Ostatnim problemem była naprawdę niewielka obecność obsługi, której było stanowczo zbyt mało jak na tak duży konwent. A szkoda, bo kilka dodatkowych osób wyraźnie poprawiłoby jakość imprezy i zmniejszyło liczbę potknięć i opóźnień prawie do zera.
Z ciekawostek o jakich warto byłoby wspomnieć, mogę wymienić wystawę prac Jarosława Musiała i Grzegorza Krysińskiego na korytarzu między blokami A i B. Tym, którzy pamiętają czasy Magii i Miecza, oraz Kryształów Czasu znany winien być ten pierwszy, drugiego zaś kojarzyć można z okładkami książek m.in. Fabryki Słów. Drugą atrakcją, o której powinienem wspomnieć była ekspozycja biżuterii autorstwa Ewy Białołęckiej, oraz warsztaty podczas których można było się nauczyć jak takowa powstaje, przeprowadzone przez Favielę.
Za rok, o tej samej porze
Po krótkim namyśle musze przyznać, iż bawiłem się bardzo dobrze, a nieliczne mankamenty nie wywoływały mojej niechęci. Kilka drobnych potknięć organizatorskich i nierzetelność niektórych twórców programu nie były w stanie popsuć zabawy większości uczestników. Żal mi kilku prelekcji, które się nie odbyły i kilku na które nie zdołałem się udać. Jednakże z czystym sercem mogę dać piątej i oby nie ostatniej Avangardzie ocenę 7,5/10 punktów. Za solidną porcję konwentu, programu, gości i innych rzeczy, które fandom lubi najbardziej.
Dobra robota, Panie i Panowie... I — mam nadzieję — do zobaczenia.
Waszym zdaniem...