Autor:
Mariusz 'Kot' ButrykowskiRedakcja: Joanna 'Ysabell' Filipczak

Tegoroczny Pyrkon odbywał się jak zwykle w budynku SP nr 21 przy ul. Łozowej. Podobnie jak w zeszłym roku, część sypialna znajdowała się w pobliskim Gimnazjum nr 43 i hotelu Cezamet. Jak się okazało, nie do końca szczęśliwie…
Piątek, czyli Ćwierć Mili Do Pyrkonu
Pierwszym co czekało mnie po dotarciu na teren konwentu była kolejka. Spoglądając na blisko ćwierćkilometrowy "ogonek" przyszłych uczestników miałem mieszane uczucia. Z jednej strony zdumiewała i zachwycała ilość uczestników imprezy. Z drugiej — przerażał sam fakt obecności tak wielkiej kolejki, świadczący o poważnych wadach systemu akredytacji. W tym miejscu pozwolę sobie na jedyną prywatę w całym tekście: serdecznie dziękuję anonimowemu uczestnikowi konwentu, który przepuścił mnie i pozwolił na odebranie akredytacji. Dzięki temu uprzejmemu człowiekowi zdołałem zobaczyć cokolwiek w piątkowe popołudnie.
Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Dostałem do ręki identyfikator, znaczek, opaskę w gustownie czarnym kolorze, oraz informator. Najważniejsza okazała się być opaska, która funkcjonowała jako znak rozpoznawczy uczestników konwentu i o której okazanie prosiła ochrona. Niestety, nie dało się jej zdjąć bez uszkodzenia, co było sporym problemem, szczególnie jeśli została zapięta zbyt ciasno. Sam pomysł jednakże był dość ciekawy i wyraźnie spełniał swoje zadanie — nie trzeba było pilnować identyfikatorów, wystarczyła opaska, o wiele wygodniejsza i łatwiejsza w użyciu. Informator okazał się być fachowo wydaną, treściwą książeczką, nawet jeśli (w wyniku skondensowania dużej ilości punktów programu) odrobinę chaotyczną. Jak się okazało, dołączono też do niego erratę mapki, niezbyt wygodną w użyciu, ale nadal praktyczną. Bez niej orientacja wśród sal prelekcyjnych była sporym problemem.
Dzień pierwszy wyglądał z początku dość nieciekawie. Spora część punktów programu odbywających się na samym początku miała znikomą ilość uczestników. Niektóre zostały przesunięte na wcześniejszą godzinę, co też im raczej nie pomogło. Podejrzewam, że szczególnie nieskoro musieli czuć się autorzy, których prelekcje odbywały się w pierwszych dwóch godzinach konwentu… Jednakże, były to tylko pierwsze dwie godziny. Później już wszystko wyglądało o wiele lepiej, chociaż kolejka — o wiele mniejsza, ale nadal wyraźnie obecna — ciągle trwała. Właściwie to, poza straszliwą porażką akredytacyjną, organizacja była sprawna, szczególnie jeśli chodzi o blok RPG. Miałem okazję poprowadzić jeden z punktów programu w ramach tegoż bloku i obsługa ze strony organizatorów była jak najbardziej profesjonalna.
Ze względu na zmęczenie podróżą odwiedziłem tego wieczora jedynie dwa punkty programu. Na szczęście, jak to zwykle bywa na Pyrkonie, mała ilość nie oznaczała spadku jakości. Wpierw odwiedziłem bardzo sympatyczną prelekcję o potworach. Senmara z całą pewnością znała się na rzeczy, a brawa należą się jej dodatkowo za spokojne prowadzenie przy takiej frekwencji i w takich warunkach. Drugą prelekcją na jaką zdołałem się udać była prezentacja
Klanarchii, jednego z dwóch rodzimych systemów, które powinny ujrzeć światło dzienne jeszcze w tym roku. Warto wspomnieć otwarcie marketingowy styl i treść prelekcji, dobrze dostosowany do publiczności, świetną prezentację multimedialną, oraz dyskretne "uczestnictwo" autorów drugiego nadchodzącego systemu.
Poza tym w piątkowy wieczór po szkole "sypialnej" włóczyły się tłumy. Wyraźnie też dał się zauważyć jeden z dwóch podstawowych mankamentów Pyrkonu. Brak odpowiedniej ilości miejsca. Wybuchały sprzeczki o miejsca w salach sypialnych i "rezerwacje", co do których nie było jednolitego zdania organizatorów. Spora część uczestników koczowała na korytarzach, przemyślnie odgradzając się barykadami z ławek i krzeseł. Niestety, niewiele im to dało, gdyż dał im się we znaki problem drugi — tzw. "życie towarzyskie" na Pyrkonie kwitło. Po raz n-ty przekonałem się, że nie lubię konwentów na których dozwolone, lub chociaż tolerowane, jest spożycie alkoholu. Pijani uczestnicy pojawiali się już pierwszego wieczora, przynosząc ze sobą hałasy, wrzaski i (na szczęście nieliczne) awantury. O ile zrozumiałe jest spożywanie alkoholu w zaciszu sali sypialnej w umiarkowanych ilościach i towarzystwie, to takich rozmiarów pijaństwa jeszcze nie widziałem. Oczywiście, można mówić o tym, że to nie jest problem i że ludzie są już przyzwyczajeni. Tylko że w ten sposób Pyrkon traci uczestników. Tak było w przypadku grupki moich znajomych, którzy opuścili teren konwentu w sobotę rano, zniesmaczeni i z "upiększonymi" przez imprezowiczów bagażami.
Sobota, czyli Dwie Strony Konwentu
Drugi dzień oczywiście wstał leniwie, jak to bywa z drugimi dniami konwentów. Szybka lustracja zaplecza sanitarnego przyprawiła o zgrozę. Prysznice? Tylko dla desperatów. Ubikacja? Jeszcze nie zalana, ale już oblężona. Czyli wielki minus dla organizacji konwentu.
Na szczęście punkty programu zdołały załagodzić niezbyt miłe wrażenia tego poranka. Zajrzałem na prelekcję o pogromie Zakonu — zaczynała się średnio ciekawie, dzięki czemu zdołałem przenieść się na spotkanie z Jakubem Ćwiekiem, który okazał się być pierwszorzędnym gawędziarzem. Nawet z najbardziej drętwych i sztampowych pytań widowni (całkiem sporej jak na tę godzinę) potrafił wykrzesać iskrę i sypał jak z rękawa anegdotami i ciekawostkami. Aż żal było mi opuszczać salę po zaledwie pół godzinie. Na szczęście trafiłem na drugie spotkanie autorskie, tym razem z Mileną Wójtowicz. Mimo skąpej widowni (w połowie byli to autorzy i zaproszeni goście) bardzo udane. Warto było na nie zajrzeć, chociażby po to, by usłyszeć jak jeden ze znanych polskich pisarzy-fantastów mówi
"Ale ja mam kuku na muniu. Potwierdzam. Mną się nie przejmujcie".
Następnie postanowiłem wziąć udział w konkursie pratchettowskim, pierwszym z dwóch na tegorocznym Pyrkonie. Przy okazji byłem świadkiem jak ochrona wyprowadza pijanego uczestnika konwentu, który potulnie opuścił budynek. Niestety, twórcy konkursu nie okazali podobnego taktu — dość niegrzecznie wyprosili konwentowiczów z Sali, a następnie okazało się, że jest to konkurs na zaledwie osiem osób. Bez jakichkolwiek eliminacji czy zasad zostałem "odsiany", więc uznałem, że nic tu po mnie…
Szczęśliwie, zdołałem spotkać znajomych (i nieznajomych) którzy zorganizowali chyba najbardziej poznański i najmniej typowy punkt programu, na własną rękę. Pojechaliśmy mianowicie obejrzeć słynne koziołki i, jak miliony ludzi przed nami, stwierdzić z rozczarowaniem
"To już wszystko?". Dzięki temu "punktowi programu" nie zajrzałem na szereg prelekcji o tytułach tak sztampowych, że aż odrzucających (przynajmniej dla kogoś, kto na konwentach różnej maści bywał) i nie byłem na premierze polskiej edycji Exalted. Na szczęście nic nie straciłem, ponieważ owa premiera się nie odbyła. Zdążyłem natomiast na drugą połowę prelekcji państwa Mochockich, którzy tradycyjnie opowiadali o grach z naukowego punktu widzenia. Zaraz potem popędziłem na prelekcję o Wolsungu. Pamiętając wcześniejsze prezentacje systemu spodziewałem się czegoś ciekawego. Jak się okazało, nowe oblicze Wolsunga, dzięki ekipie Kuźni Gier i niesamowitym talentom aktorskim twórców systemu, oraz zazdrośnie multimedialnej prezentacji, powalało. Śmiechu było co niemiara i nawet ograniczony czas nie przeszkodził w dobrej zabawie. Szczególnie, że na Pyrkonie odbyło się kilka sesji w ramach promujących system Parowych Opowieści. Oczywiście, Twórcy i Dżentelmeni z Kuźni Gier zrewanżowali się konkurencji wspominając również o Klanarchii, nawet więcej razy niż planowali. Wspomnieć mogę również o drugim konkursie pratchettowskim, o mylącym tytule "Tysiącletnia wskazówka i krewetki", w którym udało mi się wziąć udział. Niestety, nie był równie dobry co pamiętane przeze mnie edycje z dawnych Pyrkonów, jednakże trzeba przyznać, że pytania okazały się trudne, szczególnie (sic!) podczas eliminacji i przerywnika w połowie właściwego konkursu. Wieczorem większa część konwentu wysłuchała tradycyjnie już koncertu harfiarki celtyckiej, Barbary 'Maskotki' Karlik.
Noc sobotnia skończyła się płaczem i zgrzytaniem zębów. Przynajmniej dla tych, którzy po wyczerpującym LARPie chcieli spokojnie zasnąć. Jak się okazało, sala sypialna w której się ulokowałem miała ten mankament, że zaraz obok niej na korytarzu ustawiono sprzęt grający i urządzono całonocną dyskotekę. Liczba konwentowiczów "pod wpływem" wzrosła niezmiernie, a o luksusach takich jak sen, cisza, czy sprawna toaleta nie można było nawet marzyć. Wielu uczestników zauważyło następnego dnia rozlepiane przez organizatorów "listy gończe" za człowiekiem, który wyrwał w jednej z łazienek bogu ducha winny sedes.
Niedziela, czyli Krajobraz Po Konwencie
Niedziela okazała się być już tylko drgawkami pośmiertnymi Pyrkonu. Kolejne punkty programu odbywały się, ale nie zauważyłem wśród nich niczego wyjątkowo interesującego, czy wartego wspomnienia. Prelekcjo o tytułach takich jak "Dlaczego dom Tremere powinien rządzić światem" z pewnością znalazły się na szarym końcu programu z jakiegoś powodu. Jedynie część literacka trzymała poziom bez większego trudu. Z tego właśnie Pyrkon jest znany.
Ciężkie znużenie, które oderwało mnie od wędrówki po prelekcyjnych salach nie wytrzymało jednak konfrontacji z kolejną sesją Parowych Opowieści. Kiedy skończyliśmy grać, okazało się, że czas już na ewakuację z terenu konwentu. Nie chcąc zostać porzuconym w chaosie dnia trzeciego, powędrowałem w stronę przystanku wraz z grupką znajomych. Inni uczestnicy opuszczali teren konwentu w większości zadowoleni, ja jednak nie miałem najlepszego wrażenia.
Podsumowanie, czyli Żale Niewyspanego Konwentowicza
Dopiero po wysłuchaniu opinii znajomych i nieznajomych uczestników i odchorowaniu całego wyjazdu byłem w stanie podjąć decyzję co do oceny tegorocznego Pyrkonu. Zmuszony będę ocenić go na zaledwie 6,5 ze względu na chaos, niedostateczne zaplecze sanitarne i noclegowe, oraz miejsce w którym się odbywał. Do tej pory Pyrkon nie był konwentem pierwszej ligi. Od zeszłego roku można go za taki uznać, więc wymaga lepszej lokalizacji i dużo bardziej rozbudowanego zaplecza. To, co zaserwowali nam, uczestnikom, organizatorzy było zaledwie ułamkiem prawdziwego zaplecza, jakie można było znaleźć na innych, o wiele mniejszych konwentach. Za przykład może służyć chociażby Avangarda, czy któryś z opiewanych w konwentowych legendach krakowskich Con-cosiów. A Pyrkon, prócz może hotelu Cezamet, niewiele ma powodów do pozostawania w tym samym miejscu. Szczególnie, że nie tylko część sypialna okazała się niewystarczająca. Sale jakimi dysponuje SP nr. 21 są zbyt małe na potrzeby blisko trzytysięcznej publiczności. Nawet aula w przypadku niektórych punktów programu (jak np. spotkanie z Jakubem Ćwiekiem, czy koncert Maskotki) była przepełniona.
Wniosek nasuwa się prosty — Pyrkon powinien się przenieść. Konwenty również są takimi stworzeniami, które muszą zrzucić starą skorupę, by poszukać nowej. Pyrkon stanowczo wyrósł ze swojej i czas już na znalezienie kolejnej siedziby, z lepszym zapleczem sanitarnym, noclegowym i gastronomicznym. Nie wierzę, że w Poznaniu nic lepszego się nie znajdzie.
Na konwencie było sporo naprawdę dobrych punktów programu i często wymagały one podejmowania trudnych decyzji w rodzaju "na co pójdziemy teraz?". Owszem, można kręcić nosem na typowe punkty-pakuły, służące do zapychania miejsc wolnych Takie są jednak zasady konwentów — równouprawnienie. To, że fanatycznych wyznawców fikcyjnego "domu Tremere" jest niewielu, nie oznacza, że nie mają oni prawa do własnego punktu programu. Również bloki tematyczne wydawały się nawet dla oka laika roić od ciekawostek i kusić do wzięcia udziału.
Jeśli chodzi o ochronę, w postaci różnorakich militarystów w opaskach ochrony, sprawdzających konwentowe bransolety, to nie zauważyłem żadnych problemów. Sporą część konwentu byłem w ruchu i nie spotkałem się ani razu z agresywną, czy pogardliwą postawą członków ochrony wobec mnie, czy kogokolwiek innego. Sprawdzanie opasek odbywało się bezproblemowo — wystarczyło podnieść rękę i ewentualnie zsunąć odrobinę rękaw. Sam militarny charakter ochrony nie wzbudził we mnie większych emocji — wręcz przeciwnie, dodawał jej autorytetu i powagi. A przy tym grupki uzbrojonych po zęby uczestników zajęły się czymś bardziej konkretnym, niż chodzenie po korytarzach i robienie wrażenia.
Także liczna obecność Gżdaczy i system konwentowej waluty (Pyrfuntów — pytanie, czy ich wartość rzeczywiście odpowiadała funtowi ziemniaków jest jak najbardziej właściwe) wyraźnie się sprawdziły. Organizatorzy zadbali nawet o drobne upominki za jeden, czy dwa nadmiarowe funty. Można było np. nabyć za nie pamiątkowe zapałki z reklamą książki J. Ćwieka
Ciemność Płonie.
Jeśli chodzi o lokal konwentowy, to bar w hotelu Cezamet nie spełnił swojego zadania. Ze względu na jego niewielkie rozmiary i słabe (jak zwykle) zaopatrzenie, miejsca wystarczało zazwyczaj zaledwie dla gości konwentowych. A w niedzielny poranek było go aż nadto, ponieważ sobotnie biesiady wyczerpały wszelkie zapasy. Także okoliczne lokale nie zapewniały odpowiednich warunków, ze względu na: odległość/ilość wolnego miejsca/zaopatrzenie/jakość obsługi/rodzaj klienteli (niepotrzebne skreślić).
Tegoroczny Pyrkon mógł być o wiele bardziej udany. Wystarczyło tylko poświęcić zapleczu choćby dziesiątą część uwagi którą uzyskał program. A tak? Mieliśmy świetny konwent w tragicznych warunkach.
Jeśli w przyszłym roku Pyrkon zmieni miejsce, z pewnością na niego pojadę. W innym przypadku potrzebne będzie coś naprawdę niezwykłego, żebym zdecydował się wybrać na ten konwent.
2876 — tyle osób wzięło udział w tegorocznej edycji konwentu.
514 — tyle osób uczestniczyło jako organizatorzy, twórcy programu, goście, gżdacze i przedstawiciele mediów
289 — tyle było punktów programu na Pyrkonie 2009
9 — tyle razy padło na prelekcji o Wolsungu słowo Klanarchia
5 — tyle razy Furiath wspomniał o Wolsungu na prelekcji o Klanarchii
2 — tyle osób (wbrew pozorom) prowadziło prelekcję o potworach
1 — tyle było nieobecnych a zapowiedzianych premier polskojęzycznych systemów
1 — tyle godzin snu/LARPa/dobrej zabawy skradła nam zmiana czasu na letni
Waszym zdaniem...