Stały punkt na mapie konwentowej
Autor:
Joseppe
Z mojego rodzinnego miasta - Wrocławia - do Rzeszowa podróżuje się przez siedem godzin. Taki szmat czasu pociągiem to niezbyt przyjemna perspektywa, na szczęście przyjaciel z Krakowa (Tarkis, nota bene) zaproponował mi, że część drogi uprzyjemni mi swoim towarzystwem i… samochodem. Dlatego też podróż przy pomocy PKP trwała tylko cztery godziny, zaś pozostałą jej część odbyłem wraz z Tarkisem i Inkwizytorem w "Tarkomobilu". Wygodnie było, fakt, ale podróż dość długa i niebezpieczna, ze względu na paskudną pogodę i wielkie kałuże. W każdym bądź razie, po większych i mniejszych perypetiach dotarliśmy do znanej sobie, z poprzedniego roku, szkoły. Trochę spóźnieni, ale szczęśliwi. Od razu, na progu, przywitała nas główna organizatorka - Monika 'Mona' Bigaj. Ten gest, witania już od progu, jest jakże charakterystyczny dla całego konwentu. Zresztą, posłuchajcie sami.
Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Na rozpoczęcie imprezy trochę się spóźniliśmy, także po przebiciu się przez, jakże sprawną i szybką, akredytację od razu rozbiliśmy się w sali. Rozpoczęły się przywitania z nie widzianymi od dawna (ale nie tylko) znajomymi oraz szybkie przebiegnięcie po terenie szkoły, aby sprawdzić, czy wszystko jest na swoim miejscu (tak, Games Room, bufet, czyste ubikacje, prysznice, wszystko było). Po przekonaniu się, że szkoła nie zmieniła się zbytnio od ubiegłego roku poszliśmy dość sporą grupką na pizzę do pobliskiej restauracji. Pizzę niejako tradycyjną. Jak zwykle było to wyjście bardzo udane. Nie siedzieliśmy jednak zbyt długo, ponieważ chcieliśmy zdążyć na jakieś punkty piątkowego programu. A ten, trzeba przyznać, był niezwykle poprawny. Nie napiszę genialny, gdyż mijałoby się to z prawdą. Ale po dokładnym przejrzeniu byłem przekonany, że każdy jest w stanie znaleźć jakąś interesującą dla siebie prelekcję w dowolnej chwili trwania konwentu. Nie nowa jakość, ale dobry styl. Pozostała część piątku przeleciała zdumiewająco szybko, głównie na DDRowych* tańcach i quasi-celtyckich zabawach na sali gimnastycznej (dzięki Levirowi). Kiedy nadszedł świt zdecydowaliśmy się położyć (no dobra, ja odbyłem jeszcze krótki spacer, ale rzeszowski wschód słońca mnie urzekł i nie mogłem się powstrzymać).
Sobotę spędziliśmy już bardziej "typowo". Załapaliśmy się na parę prelekcji, konkursów, kalambury (gdzie nasi źli bracia bliźniacy zajęli trzecie miejsce**) oraz LARP Wolsungowy, prowadzony przez Garnka. Wszystko to przeplataliśmy intensywnym skakaniem w rytm Vater Unser na macie do
DDR oraz układaniem i burzeniem Jengi. Przez cały czas po terenie konwentu wędrowała obsługa, która to właśnie jest charakterystycznym rysem
R-konu. Ludzie mili, profesjonalni i chciałoby się powiedzieć, przyjaciele od pierwszego spotkania. Po prostu, kiedy się z kimś z obsługi rozmawiało, miało się wrażenie, że jest się wyjątkowym uczestnikiem i konwent jest zrobiony specjalnie dla niego. To niezwykłe wrażenie pozostawia bardzo miłe wspomnienia. Dodatkowo należy wspomnieć, że nikt nie stał ponad prawem i każdy, choć traktowany wyjątkowo, nie był równocześnie lepszy od innych. Dlatego też zostaliśmy skarceni, gdy o trzeciej nad ranem wpadliśmy do Red Roomu robiąc dziwne wygibasy. Na szczęście w tak przyjaznej atmosferze nikt się na nas za ten niewinny wygłup długo nie gniewał.
Niedziela jest dniem pożegnań, rzadko kto pojawia się już na jakiś prelekcjach, wszyscy rozjeżdżają się w swe rodzinne strony. Dało się to szczególnie odczuć, bowiem
R-kon położony jest na skraju Polski, więc ludzie nie ryzykowali popołudniowych pociągów. My również dość szybko uciekliśmy z terenu szkoły, wcześniej jednak pograliśmy jeszcze chwilę, ale już prywatnie, w kalambury,
Jengę i
Munchkina. Następnie spakowaliśmy się i wyruszyliśmy "Tarkomobilem" w drogę powrotną. Wcześniej, oczywiście, nie zostawiliśmy bez pożegnania wszystkich wspaniałych znajomych i obsługi konwentu (choć te dwie kategorie często się pokrywają).
Napisałem już sporo słów, wszystkie one jednak są bardzo subiektywne i emocjonalne. Wybaczcie, ale ciężko jest mi inaczej traktować ten, wyjątkowy, konwent. Przyjazna, wręcz rodzinna atmosfera, zawsze uśmiechnięci i niewyspani organizatorzy, dyskusje po świt czy ćwiczenie celtyckich tańców już po świcie - to wszystko stanowi o niezwykłości
R-konu i umieszcza go na stałe na mojej konwentowej mapie Polski.
Wysilę się jeszcze na parę obiektywnych słów, żeby nie zostać posądzonym o stronniczość. Plakietki, informator ani program nie szokowały, ale były bardzo porządne, na solidne 4+. Konwent był plakatowany bardzo estetycznie, bez jakiś zbędnych incydentów ze zrywaniem komukolwiek czegokolwiek. Sala kinowa działała przez większą część imprezy dostarczając niezapomnianych przeżyć (ale wybaczcie, nie będę o tym opowiadał).
DDR i cały blok anime też działały prawie bez ustanku i nie można było przejść obok nich obojętnie, nawet jeżeli ktoś nie przepada za tego typu rozrywką. Z koszy na śmieci nic się nie wysypywało, w prysznicach była ciepła woda (przynajmniej ja, choć normalnie mam do tego pecha, trzy razy pod rząd zastałem takową), a w ubikacjach papier (tego ostatniego co prawda na chwilę zabrakło, ale wystarczyło słówko organizatorom, a po dziesięciu minutach pojawił się jak zaczarowany).
No dobrze, nie wiem, czy było to obiektywne, ale starałem się. W każdym bądź razie - tegoroczny
R-kon dorównał poprzedniej edycji i jeżeli chcecie wiedzieć, co takiego może wprowadzić mnie w stan absolutnego subiektywizmu, radzę Wam - odwiedźcie Rzeszów za rok. Warto.
*DDR -
Dance Dance Revolution, zabawa polegająca na skakaniu po macie zgodnie ze wskazaniami pokazującymi się na ekranie.
**Moe, Larkin, Peishin - strzeżcie się, na
ConQueście Twój Stary kontratakuje!
Ocena:
5 / 6
Waszym zdaniem...